Spawacz Reviews

Co dziś zrecenzujemy?

Nie jesteś zalogowany.
Kup Bitcoin i inne cyfrowe waluty

Logowanie

Statystyki forum

Liczba użytkowników: 43
Liczba tematów: 157
Liczba postów: 857
Najnowszy użytkownik: itan
Użytkownicy online: 0
Goście online: 2

Szukaj na forum

Zaawansowane szukanie

Witaj


Witaj, poszukiwaczu mocnych wrażeń, na stronie recenzentów samozwańców!

STRONA: Przeniesienie forum!

PRZENOSIMY FORUM NA INNEGO HOSTA.

http://i.imgur.com/kydnxbR.png
(kliknij w obrazek powyżej, by przejść na nową witrynę!)

Użytkownik DavivaD zaproponował nam przeniesienie forum z hostingu PUN na CBA z silnikiem MyBB
W oddzielnym temacie na forum opisane zostały (z grubsza) korzyści z tej przesiadki. Ziomaletto oraz ja, Spawacz, rychło podjęliśmy decyzję o przeniesieniu, widząc same pozytywne zmiany. DavivaD w trymiga uwinął się z odwzorowaniem forum na nowym hostingu i praktycznie wszystko jest już gotowe - jedyny haczyk w całej sytuacji jest taki, że żaden z tematów ani postów nie będzie przeniesiony.
Tak więc jeżeli chcecie przenieść swoje recenzje/tematy/posty, musicie zrobić to sami - wystarczy, że zrobicie kopiuj/wklej i voila

Zachęcamy już teraz wszystkich do sprawdzenia nowej strony, do ocenienia jej pod względem wizualnym/technicznym, a po akceptacji do rejestrowania się i rozpoczęcia życia Spawaczreviews na nowo. Przesiadka staje się faktem!

Poniżej daję link dla wszystkich, którzy z różnych powodów nie mogą przejść na forum klikając w powyższy obrazek:

http://spawaczreviews.cba.pl/index.php

Do zobaczenia na nowej stronie!

Spawacz


Napisany przez Spawacz | Komentarzy: 1 | Wysłany: 2017-05-21

Recenzja płyty: Anthrax - For All Kings (2016)

Witajcie w kolejnej recenzji muzycznej na głównej w moim wykonaniu! W ramach odrobienia marcowej posuchy zajmiemy się albumem, który w lutym świętował swoją pierwszą rocznicę wydania. Wbrew pozorom, w dzisiejszym świecie to wciąż duży okres czas (zwłaszcza w biznesie gier stricte multiplayerowych, zbaczając z tematu) i po takim upływie można wreszcie przekonać się, czy owa rocznica to powód do dumy dla zespołu czy towarzyszy jej tylko uczucie "No fajnie, że...". Enjoy!

https://shop.napalmrecords.com/media/catalog/product/cache/1/image/650x/040ec09b1e35df139433887a97daa66f/2/5/25769.jpg

Anthrax - For All Kings

Gatunek: Heavy/Thrash Metal
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Nuclear Blast Records
Producent: Jay Ruston
Skład:
Joey Belladona - wokal prowadzący
Scott Ian - gitara rytmiczna, okazjonalne chórki
Jonathan Donais - gitara prowadząca
Charlie Benante - perkusja
Frank Bello - gitara basowa, wokal wspierający

Anthrax to zespół, który od zawsze próbował znaleźć swoje miejsce w metalowym świecie. Wszakże to był jeden z pierwszych zespołów, które łączyły metal z rapem (nieszczęsne Bring The Noise). Przez to został praktycznie zapomniany przez fanów - żadne z wydawnictw z Johnem Bushem na wokalu nie okazały się wielkim sukcesem. Szansa na odzyskanie szacunku fanów i sławy z złotego okresu heavy metalu (a nawet zyskanie większej) pojawiła się przy okazji koncertów z resztą Big Four (tego marketingowego, wszyscy przeca wiemy, kto tworzy prawdziwe Big 4 of Thrash) oraz powrotu Joey'a Belladony na mikrofon, z którym Anthrax nagrało klasyczne Spreading The Disease oraz Among The Living. Jednak powrót Joey'a nie okazał się aż tak spektakularny (choć same koncerty były jak najbardziej udane), gdyż Worship Music okazało się średniakiem, a wokalista był zdecydowanie jednym z wielu problemów tamtej płyty.

Wkrótce po premierze Worship Music zespół opuścił Rob Caggiano, który przeniósł się do Volbeat, a jego miejsce zajął Jonathan Donais. W takim składzie zespół wszedł do studia i nagrał ten oto album. Premiera płyty miała miejsce w lutym, czyli miesiąc po wydaniu Dystopii Megadethu. Powiedzmy sobie szczerze, Dave Mustaine wysoko zawiesił poprzeczkę na samym początku roku, tylko czy Anthraxowi udało się ją przeskoczyć (czy chociaż dosięgnąć)? Może najpierw wypadałoby zapytać: "Czy Anthraxowi w ogóle zależało na przeskoczeniu tej poprzeczki?"...

Album otwiera utwór You Gotta Believe, z intrem nazwanym Impaled. Iście orkiestralny wstęp z okrzykami zachęchającymi do walki z toporem w łapie (dobrze, że nie z młotem) po półtorej minuty zmienia się thrashową galopadę. To tylko pozory, bo w zwrotce zespół wrzuca inny riff i "połamaną" grę perkusji. Mieliśmy to już w Death Angel, ale tutaj też nie brzmi źle. W środku utworu następuje melodyjne zwolnienie oraz pierwsza solówka Jonathana Donaisa. Powiem to już teraz - jego partie solowe to absolutnie największa zaleta płyty. Świeża krew w Anthraxie zdecydowanie pomogła, przynajmniej w sferze solówek. Po drugiej partii solowej mamy finałowy refren, podczas którego słyszymy wyraźnie podwójną stopę - te momenty warto odnotowywać, bo występują okazjonalnie. Wrażenia po zakończeniu utworu jak najbardziej pozytywne - to jednak dopiero 7 minut z ok. 60.

Drugi utwór zwany Monster At The End niestety nie powala - jest prowadzony nieciekawym riffem i refrenem zaśpiewanym na przysłowiowy "odpierdol" (sam w sobie nie jest zły, ale to śpiewanie Joey'a od niechcenia niszczy go doszczętnie). Jedyny przyzwoity moment pojawia się po drugim refrenie, kiedy wybrzmiewa obiecujący riff. Jest to jednak obietnica bez pokrycia, a jednostajna gra perkusji mocno psuje jedyną przyzwoitą rzecz w całym utworze. No, oprócz solówki.
Link do teledysku

Wyciszonym odśpiewaniem refrenu zaczynamy utwór tytułowy. Tutaj ciężko jest mi czegokolwiek się uczepić - są szybkie tempa, są przyzwoite zwolnienia przed nośnym refrenem, jest dobra część środkowa, jest świetna solówka... Czego chcieć więcej? Może tylko ustanowienia tego utworu stałym punktem każdego koncertu... Ale to już tylko tam moje gdybanie.

Czwarty numer na płycie to utwór Breathing Lightning. Zaczyna się spokojnie, balladowo, by potem wejść z (ponownie) połamanym riffem z wstępu, a ostatecznie przejść w inny i zdecydowanie szybszy riff. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie jeden szkopuł - przesłodzony refren. W I'm Alive z poprzedniego albumu mieliśmy podobną sytuację, tylko tamten utwór był balladą, a tu ową rolę spełnia dopiero Blood Eagle Wings... Całe szczęście, że refren nie przekracza bariery postawionej między słodzieniem, a radiowością, bo wtedy nie zostawiłbym na tej kompozycji suchej nitki, mimo że nadal refren gryzie się z agresywnymi zwrotkami. Do utworu doczepiono też na siłę outro Breathing Out, tylko niepotrzebnie przedłużające album (bądź utwór, w zależności od posiadanej wersji).
Link do odsłuchania utworu

Suzerain zapowiada się przyzwoicie - ciężki początek przy podwójnej stopie z wolnym, lecz brutalnym riffem. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że to materiał na hit na miarę Sad But True Metalliki. "Można by", bo to stwierdzenie porzuci nawet najbardziej otwarty na inne horyzonty muzyczne słuchacz, gdy usłuszy ten refren. Gdy sam go usłyszałem, to zastanawiałem się, czy przypadkiem Anthrax nie porwało się tym razem na eksperymenty z popem - jest tak mocno radiowy, jak tylko się da, a powtarzanie w kółko jednej frazy bardziej przystoi AC/DC i Deep Purple za czasów Machine Head, niżeli twórcom Spreading The Disease. Przez niego nie wiem, jak ocenić ten utwór - świetny potencjał na ciężki utwór zupełnie zaprzepaszczony okropnym refrenem. Brawo, Anthrax, żeby tak spierdolić taki potencjał, to jednak też trzeba umieć...
Link do odsłuchania utworu

Wiara w dobre pomysły (już nawet nie w świeże, ale w dobre) Anthrax wraca w utworze Evil Twin. Mamy agresywny riff, nieco wolniejszą zwrotkę, dobry refren i ogółem rzecz biorąc, szósty track na For All Kings brzmi jak klasyczny Anthrax. Ciężko powiedzieć o nim cokolwiek więcej - dobrze się słucha, zarzutów wobec niego nie mam, głowa sama się macha. Ot, dobry utwór. Tyle i aż tyle.
Link do odsłuchania utworu

Siódmym utworem jest wspomniany kilka akapitów wcześniej Blood Eagle Wings, czyli druga ballada w dorobku zespołu. Jest to utwór prawie genialny - prawie, bo część środkowa jest przedłużana właściwie na siłę, tylko po to, by utwór pobił długością A.D.I./Horror of It All z Among The Living. Koniec negatywów. To absolutnie świetna ballada - jest niesamowicie chwytliwy refren, odpowiednio spokojny wstęp, no i oczywiście genialna solówka. Gdyby tylko skrócić część środkową, to mielibyśmy do czynienia z najlepszym utworem na albumie. Kolejna z niewielu udanych ballad nagranych w XXI wieku.
Link do teledysku

Ósmy track otrzymał nazwę Defend Avenge. Zaczyna się bez szaleństw, mrocznie, w tle słyszymy główny riff. W końcu po kolejnym gitarowo-perkusyjno-basowym ataku dostajemy coś na kształt grania reprezentowanego przez Godsmack, gdzie znów riff sugeruje coś wolniejszego i cięższego. Mimo to, nie wciąga zupełnie. Pojawia się nawet moment z podwójną stopą, ale w sumie ani to thrash, ani to heavy, a takie byle coś wstawione tylko dla przedłużenia utworu. Nawet chórki w wykonaniu Scotta Iana (tak, to pierwszy utwór na For All Kings, gdzie takowe się pojawiają) nie poprawiają sytuacji. Tym razem solówka nie ratuje utworu - jest zajebista, ale bez niej utwór byłby tak samo nudny i nieciekawy.

All of Them Thieves zaczyna się od razu, ale mimo to nie powala. Przede wszystkim wrażenie psuje nieciekawy refren, napisany chyba na szybko. Najważniejszym momentem jest część środkowa, która stopniowo przyśpiesza, by przy partii solowej zamienić się w thrashowe monstrum. Jest to absolutnie najlepsza sekcja rytmiczna przy solówce na całej płycie. Niestety sztywna konstrukcja utworu w tym utworze dobija szczególnie mocno, bo tu aż prosiło się o epicki koniec z partią solową w tle.

Początek This Battle Chose Us jest odegrany na basie, przez co owa zagrywka wydaje się być uderzająco podobna do basowego riffu z Fatal Illusion Megadethu. Niestety sam utwór jest prowadzony średnim tempem i nieciekawym riffem. Również refren, który ma być w zamierzeniu chwytliwy i co w sumie nawet by pasowało do tak nazwanego utworu, nie zachęca do wspólnego skandowania. Sytuację próbuje poprawić druga, wyraźnie szybsza część utworu, która przynosi nasłabszą solówkę na płycie. Nawet zmiana refrenu na krótszy i powtarzany do prawie samego końca fragment:

You've gave them hell
You can choose your battle
You can choose your battle
This battle chose us

nie sprawia, że szybsza część jest ciekawsza od pierwszej. To po prostu źle napisany utwór od początku do końca. Na szczęście został jeszcze jeden utwór. Jeszcze jeden...

Zero Tolerance zaczyna się spokojnie - gitara, wokalista coś tam śpiewa, aż nagle pojawia się agresywny riff. Czyżbyśmy w końcu mieli dostać thrashową petardę godną Imitation of Life? No nie do końca - nadal dostajemy obowiązkowe zwolnienie tempa przed solówką. Hello, tutaj perkusista nie powinien mieć chwili wytchnienia, a gitarzyści powinni wymieniać się co raz to bardziej pokręconymi riffami i solówkami. Wystarczy popatrzeć na Overkilla i takie utwory jak Bring Me The Night, Save Yourself, Armorist czy Endless War, by wiedzieć, że można grać szybko i z głową, nie zwalniając tempa. Tyle dobrego, że cała reszta utworu trzyma poziom, ale wciąż - po co zwalniać w ostatnim utworze, skoro większość kawałka była wolniejsza?
Link do odsłuchania utworu

W ostateczności ciężko jest mi ocenić tą płytę, bo jakie kryteria trzeba wziąć pod uwagę? Utworów stricte thrashowych jest zaledwie 4 (You Gotta Believe, For All Kings, Evil Twin, Zero Tolerance), co na płytę thrash metalową to zdecydowanie za mało. Reszta płyty to przeróżne wariacje na temat heavy, a które nie wyklucza występowania szybszych utworów (patrz: płyty Judas Priest z lat 80'). Jeśli mielibyśmy patrzeć pod tym kątem, to For All Kings jest płytą dobrą, choć nie pozbawioną wad. Przyznam, że dzięki Spawaczowi spojrzałem na płytę trochę łaskawiej, choć nadal nie mogę powiedzieć, że to zajebistość nad zajebistościami. Ot, po prostu dobra płyta. Wracając jednak do pytania zadanego na wstępie apropo poprzeczki: nie wydaje mi się, żeby Anthraxowi w ogóle zależało na przeskoczeniu takowej. Jest lepiej niż na bezpłciowym Worship Music, ale do klasycznych wydawnictw wciąż nie ma startu.

Ocena płyty:

7/10

Lista utworów:
1. You Gotta Believe (+ Impaled)
2. Monster At The End
3. For All Kings
4. Breathing Lightning (+ Breathing Out)
5. Suzerain
6. Evil Twin
7. Blood Eagle Wings
8. Defend Avenge
9. All of Them Thieves
10. This Battle Chose Us
11. Zero Tolerance


Napisany przez Ziomaletto | Komentarzy: 3 | Wysłany: 2017-04-21

RECENZJA PRZERÓBKI: Medal Of Worms: Re-Armed Edition (by Ziomaletto)

Through the gates of hell
As we make our way to heaven
Through the Nazi lines...
Primo victoria!


https://s23.postimg.org/eup1ybe2j/Mo_Wlogo1.png
Pełny tytuł: Medal Of Worms: Re-Armed Edition
Autor: Ziomaletto
Gatunek: Przygodowo-wojenny
Liczba odcinków: 15
Czas emisji: Grudzień 2016-Marzec 2017

Czekaliście, czekaliście i się doczekaliście. Oto przybywa pierwsza recenzja wormsowej przeróbki po latach! Myślałem, że nie dożyję tego momentu, w którym ponownie zaznam tego zaszczytu oceniać produkcję z tego padołu łez i cierpienia. Ziomaletto jednak niczym burza wydaje od dłuższego czasu seriale, nieporuszony przez nikłą aktywność ogółu przerabiaczy. Czy w czasie tej suchoty mógłby znaleźć się ktoś, kto będzie tworzyć filmy na miarę legend ze złotego okresu 2008-2011? Nasz drogi admin Spawaczreviews pokazuje, że nie ma nic niemożliwego!

Przeróbka, którą będę dziś recenzował, jest bowiem produkcją bardzo świeżą, choć o nieświeżych korzeniach. Jest to remake starej produkcji autora o tym samym tytule (bez dodatku Re-Armed, of course), której odcinek zadebiutował na YouTube w dniu 20 października 2013. Szmat czasu minął do momentu, w którym twórca zdecydował się na kompletną rekreację jednego ze swoich pierwszych seriali  - spróbować przedstawić go lepiej i dosadniej, z nabytymi w międzyczasie umiejętnościami. Przyznam na samym wstępie, że nigdy w życiu nie widziałem oryginału. I choć jako dobry recenzent powinienem zrobić research i obejrzeć go... to niestety tego nie zrobiłem. Wszelkie moje porównania będą opierać się zatem na informacjach zaciągniętych od autora oraz Frosta (dzięki! ). Aczkolwiek nie będę skupiał się na odstępstwach i zmianach, jako że zależy mi głównie na ocenie wykonania wersji obecnej

A najlepiej zachowane został oczywiście zarys fabularny oraz postacie. Akcja Medal Of Worms osadzona jest w czasach II Wojny Światowej, a jej bieg rozpoczyna się od historycznej operacji „Overlord” - lądowania sprzymierzonych wojsk alianckich na wybrzeżach Normandii, gdzie miało rozpocząć się wyzwolenie Europy od panowania Adolfa Hitlera. Bohaterami tej akcji staje się grupa amerykańskich żołnierzy, którzy później przekształcają się w jednostkę specjalną „Tier 1”. Na początku podejmują się akcji takich jak pomoc wojskom regularnym czy wyzwalanie ludności, lecz wraz z biegiem wydarzeń za cel stawiają sobie uśmiercenie Fuhrera oraz wszystkich jego przydupasów.

Choć wiem, że nie powinienem czepiać się zbytnio fabuły z racji, że jest odzwierciedleniem oryginału, to jednak nawet w remake'ach można posilić się o jej udoskonalenie. Co mam na myśli to fakt, że scenariusz to zdecydowanie najsłabsza strona ostatniego serialu Ziomaletta, głównie ze względu na małą oryginalność wątków oraz ich przewidywalność. Przyznam, że patrząc przez pryzmat starych produkcji robalowych (vide WORMS Strike Force albo Podporucznik Dozer) to warstwa fabularna jest tutaj jak najbardziej poprawna i na poziomie. Mamy jednak już rok 2017 i przez ten czas wyraźnie zmieniły się standardy oraz oczekiwania względem pomysłów na seriale. Medal Of Worms zdecydowanie nie ucierpiałoby na wprowadzeniu większej ilości zwrotów akcji – choćby wprowadzaniu głównych bohaterów w coraz większe kłopoty.

Bieg akcji leci sprawdzoną, „liniową” metodą, w której główna drużyna przyjmuje jeden konkretny cel i na samym końcu go zyskuje, potykając się z raz czy dwa po drodze. Ścieżka ta usiana jest masą klasycznych bitew, w której raz co raz Niemcy dostają po pysku. Na szczęście scenariusz nie jest zupełnie pozbawiony zaskoczeń – największym plot twistem jest napad na bazę Tier 1, w wyniku której

Spoiler:

umiera jeden z żołnierzy, dwóch zostaje porwanych, a reszta zmuszona jest się ukrywać.

Wprowadziło to na tyle dużo zamieszania, że dla mnie jako widza znacznie zwiększyło to oglądalność. Brakowało trochę tego przez pierwszą połowę serialu, ale ważne, że coś było! Na uwagę zasługuje również jedna z ostatnich walk, gdzie wbrew oczekiwaniom Tier 1 hitlerowski przydupas nie przekazuje ważnych informacji swoim wrogom - było to nie tylko zaskakujące, ale dosyć realistyczne A mówiąc o realizmie, warto wspomnieć o tym, że zdarza się autorowi mieszać pewne fakty historyczne; na szczęście jednak nie wpływa to zbytnio na ocenę.

Jeśli jest jeszcze coś, do czego miałbym się odnieść szczególnie negatywnie, to byłyby to zapewne postacie. Nie zrozumcie mnie źle - jest i tak o wiele lepiej niż bym się spodziewał. Ziomaletto w przeszłości miał niestety tendencję do wprowadzania dużej ilości bohaterów, którym brakowało charakteru, służyli bardziej jako narzędzia do kontynuacji określonych wątków. Nawet protagoniści, pomimo, że pokazywali się niemal cały czas, zlewali się z tłem, bowiem nie mieli wyjątkowych, intrygujących cech. Czy w tym aspekcie nastąpiła rewolucja, jeśli mówimy o Medal Of Worms Re-Armed? Cóż, nie aż tak bardzo. Ale jest lepiej! Choć mamy z jednej strony bezpłciowych hitlerowców, których imion już nawet teraz nie pamiętam, to z drugiej strony pojawiają się nam takie postacie jak kapitan Roebuck i porucznik Gordon. Są to dwaj starzy przyjaciele z wojska, którzy wchodzą ze sobą bez przerwy w interakcję, czy to pozytywną czy konfliktową, zależnie od progresu serialu. Ich wpływ na akcję oraz otoczenie to zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy, jaką Ziomaletto wprowadził do MoWa, i bez wątpienia mój ulubiony wątek fabularny. Szkoda, że reszta Tier 1 nie dostała podobnego traktowania - naprzód wyszedł jeszcze szeregowy Norman, który pod sam koniec wyjawił swoją historię, oraz agent John, śmieszkowy Brytyjczyk, który podkochuje się w jednej dziewczynie z ruchu oporu. Do autora - mam nadzieję, że wyciągniesz lekcję z tego co dokonałeś i wprowadzisz więcej tak ważnych interakcji jak ta wspomniana wyżej. Pamiętaj, że w fabule walki są jedynie urozmaiceniem; najważniejsze są postaci, bo to one ubarwiają i nadają charakteru historii!

Na krótką chwilę wspomnijmy jeszcze o dialogach. Również pod tym względem jest dość klasycznie. Pomimo, że ogólny setting jest poważny, to Ziomaletto nie unika żartów, a nawet dosyć chętnie nimi rzuca w sytuacjach z Hitlerem (który przez to stał się poniekąd bohaterem komediowym). Świetnym smaczkiem są dodawane teksty z Monty Pythona i innych filmów, to niewątpliwie zachęcający do oglądania zabieg

Jak na razie z tekstu recenzji wywnioskować można, że jest to serial raczej poprawny. Mamy typową fabułę, kilka zapamiętywalnych postaci i śmieszne teksty. Czy jest coś co przyciągnęło szczególnie moją uwagę? Otóż w branży filmowej mówi się, że montaż i udźwiękowienie potrafią uratować niejedną produkcję - jestem pewien, że Medal Of Worms Re-Armed jest jedną z nich. Zdumiewającym jest to, jak wielu umiejętności nabrał autor przez całą swoją karierę. Nawet pomimo faktu, że z punktu widzenia scenariusza nie ma tu nic interesującego, to było w MoWie coś, co sprawiało, że z niecierpliwością czekałem na kolejne odcinki. Od strony technicznej ta seria jest geniuszem.

Każdy odcinek można obejrzeć w standardzie HD (1280x720) z płynnością 60 klatek na sekundę. Z taką jakością Wormsy nabierają kolorów i życia, niezwykle przyjemnie się ogląda każdą scenę, więc ten krok był zbawienny dla autora. Jednak wejdźmy w temat głębiej - stopień oglądalności całego serialu jest po prostu wysoki. Definitywnie największym plusem MoWa jest to, że akcja "płynie". Bieg fabuły jest przemyślany, a konkretne sceny zaplanowane w taki sposób, żeby pozwolić widzowi łatwo się wciągnąć. Czasami zdarzy się, że kwestie dialogowe są przedłużone, aczkolwiek w znacznej większości wypadków rozmowy są krótkie i zwięzłe, nie mamy nawału niepotrzebnych informacji i wszystko jest przekazywane schludnie oraz zrozumiale. Być może całość nie była przeprowadzona celowo, z racji, że Ziomaletto wyraźnie skupia się na walkach (do których zaraz przejdziemy). Nawet jeśli tak jest, to najważniejszy jest efekt, a ten jest jak dla mnie piorunujący. Tak właśnie powinny wyglądać sceny rozmowy! Uczcie się, młoda braci przerabiaczowa! Szybkie i realistyczne dialogi to przepis na sukces.

A jeśli mówimy o scenach bitew, cóż... czy muszę to jeszcze opisywać? Autor już nawet nie ukrywa się z tym, że uwielbia reżyserować, jak robale się nap&%#$alają. Wstawianie dwóch walk w jednym epizodzie to dla niego normalka, podczas gdy dla mnie i wielu innych twórców to nigdy nie było potrzebne. W W.O.R.M.S. często taki układ mi przeszkadzał, ba - gdyby tworzył to ktoś inny, to też bym narzekał. Ale jak mogę narzekać tutaj, jak Ziomaletto po tylu latach praktyki stał się praktycznie mistrzem w swoim fachu? Tylko zobaczcie walkę w odcinku 10. Zwyczajnie szczena mi opadła jak ją obejrzałem w całości. Jestem gotów rzec, że to jedna z najlepszych wormsowych bitew jakie ujrzałem w swoim krótkim smutnym życiu, i przebija ją chyba tylko Final Fight z Blackened In Time! A to jest OGROMNY komplement, jak już może ktoś zdążył zauważyć Autor zdecydował się na montaż efektowny, ale nieprzesadzony, i to tutaj leży główna siła. Energia tryska z ekranu niczym testosteron z filmów Rambo. A rozwałki są równie miodne w obu przypadkach.

Nie tylko World War Now wychodzi przed szereg. Mamy tu również samą walkę finałową z epickim Phantom Antichristem czy rozpoczynającą serię bitwę z Primo Victoria - jakże doskonale dopasowanym utworem do sytuacji. Zapadła mi również w pamięć destrukcja laboratorium z Panzer Battalion, bunt niemieckiego przywódcy z Armorist, akcja dywersyjna z The Threat Is Real... mam wrażenie, że zapamiętałem tu chyba każdą nawalankę. Dobór muzyki u Ziomaletta był zawsze na najwyższym poziomie, niezależnie od reszty aspektów, i tutaj to się nie zmienia. Od samego twórcy wiem, że już na etapie scenariusza planuje on co w danym odcinku będzie słyszeć widz; i widać tego wyniki. Ciężko mi wiele powiedzieć o udźwiękowieniu, poza tym, że w porównaniu do wcześniejszych produkcji, usłyszeć teraz możemy o wiele cięższą muzykę. Niemal w każdej bitwie słyszymy gromiący thrash albo power metal, zaś w scenach dialogowych jest różnie. Czasami w uszach brzmieć nam będzie klimatyczny soundtrack, czasami rockowy wałek, a czasami nawet coś mocniejszego typu Testament. Tą zmianę w klimacie czuć. Jest mroczniej, ciężej i brutalniej, co kontrastuje ze śmieszkami oraz bajkowym wyglądem Wormsów, dając nam w ostateczności wyważony obraz. A wyważony obraz ogląda się znakomicie!

Recenzja powoli dobiega końca, więc wspomnijmy jeszcze o samej oglądalności. Odcinków mamy piętnaście, więc ilość standardową. Emisja trwała mniej więcej cztery miesiące, dzięki czemu trudno było mi stracić zainteresowanie MoWem. A co do zmian względem oryginału, które właściwie całkiem pominąłem, to pozwolę sobie wkleić cytat Frosta z odcinka 14, którego zapytałem o zmiany. SĄ TU SPOILERY, WIĘC UWAGA!

FrostMetalStudio napisał:

Choćby to, że komandosi wybaczyli Gordonowi (w oryginale porucznik przesiadywał w bazie Hitlera razem ze Schneiderem i ową dwójkę Tier 1 wyeliminowało), albo postać doktora Schneidera, którego w oryginale nie było. Były też o wiele większe zrzynki ze Strike Force'a (np. decyzja Gordona o zdradzie, gdy poznał przypadkowo poznał prawdziwą narodowość jednego ze swoich kompanów). Plus, Roebuck pojawiał się w kontynuacjach, a w trójce komandosi często prosili go o pomoc, na co on wrzucał różne retrospekcje ze swoich misji.
Tak więc, trochę pozmieniał .

Jeśli mam dać słowo od siebie - zmiany są całkiem słuszne

Więc na jaką ostatecznie ocenę zasługuje Medal Of Worms Re-Armed? Hmm... gdybym chciał grać rolę krytyka, to nie wybaczyłbym Ziomaletto tego, że fabuła jest zauważalnie płytka, a bohaterom w większości nadal brakuje charakteru. Wiem też jednak, że mówimy tu o Wormsach, w których dodawanie charakteru nie jest rzeczą prostą i zmuszałoby to do wielu wyrzeczeń względem treści i formy. W takiej postaci jakiej jest, MoW jest produkcją wyjątkowo dopracowaną, i poleciłbym ją każdemu ze starej kadry, jak i każdemu, kto chciałby zobaczyć, jak świetne potrafią być przeróbki Worms. Ziomaletto rozgramia tutaj głównie formą, montaż i udźwiękowienie są top notch, dialogi są zabawne i zajmujące, a scenariusz i interakcje między postaciami są na tyle dobre, by utrzymać widza w napięciu przez wszystkie piętnaście odcinków - od samego intra (doskonale zmontowanego notabene), po napisy końcowe w ostatnim odcinku. Medal Of Worms Re-Armed wystawiam ocenę:

4+/5

I czekam na kontynuację, a jakże!


Napisany przez Spawacz | Komentarzy: 7 | Wysłany: 2017-04-15

Recenzja płyty: Testament - The Formation of Damnation (2008)

Witajcie, z tej strony ponownie Ziomaletto i po miesiącu recenzenckiej niemocy twórczej wrzucam na główną kolejną recenzję, która jest ostateczną konfrontacją z tym oto albumem. Enjoy!

https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/originals/3f/99/cc/3f99cc6723c40c02719180839398950d.jpg

Testament - The Formation of Damnation

Gatunek: Thrash Metal
Rok wydania: 2008
Wytwórnia: Nuclear Blast Records
Producent: Andy Sneap
Skład:
Chuck Billy - wokale
Eric Peterson - gitara rytmiczna
Alex Skolnick - gitara prowadząca
Greg Christian - gitara basowa
Paul Bostaph - perkusja

WAŻNE! Jeśli jedynie chcesz poznać moją opinię na temat The Formation of Damnation, omiń kilka następnych akapitów.

Testament to jedna z tych legend thrash metalu, o której wielu ludzi nie słyszało, ale za to wszyscy fani "kochajo", "szanujo" i "majo naszywki na kostkach". Oczywiście przesadzam, nie sugeruję przeca, że fanami Testament są wyłącznie ortodyksyjni znawcy klasycznego thrash/death metalu. Ten styl będący połączeniem brutalności i melodyjności wraz z dołączeniem wirtuozerskich solówek to znak rozpoznawczy tego zespołu, choć zdarzało im się grać tylko melodyjnie (The Ritual) albo brutalnie (Demonic, Low). Wciąż jednak nikt nie wymienia ich w składzie Big Four jednym tchem. Skąd to się bierze?

Ostatnio czytając na heavyrock.eu recenzję Brotherhood of the Snake (najnowszy album Testament) autorstwa niejakiego Megakruka dostrzegłem dość trafne spostrzeżenie dotyczące tejże kapeli o nazwie, której nie powstydziła się kancelaria notarialna czy dom pogrzebowy na naszym rodzimym poletku. Padł też dość trafny dowcip o szczurku i chomiku, który pozwolę sobie zacytować:

Spotyka się szczurek z chomikiem i pochylają się nad swoim losem. Szczurek pyta:
- Chomiczku, jak to jest? Ty masz futerko i ja mam futerko, ty masz pazurki i ja mam pazurki, ty masz ząbki i ja mam ząbki. Tymczasem wszyscy cię kochają, a mnie wszyscy nienawidzą, tępią, trują etc.
- To proste. - odpowiada chomiczek - Widzisz szczurku, masz zjebany Public Relations...

http://r-http-7a.dcs.redcdn.pl/http/o2/tvn/web-content/m/p1/i/a/a/aac8bbf40f2615da55d19bdb8d201927.jpg

I wcale nie mówię tu o tym, że Testament ktoś nienawidzi, ani tym bardziej tępi. Ba, to zasłużony szyld, owiany szacunkiem i kultem, który to [owy kult] - jak wspomniał Megakruk - wynikł także z medialnej ignorancji. Nie ma sensu przytaczać całej recenzji redaktora tamtego serwisu, dlatego krótko nawiążę do tamtego wywodu. Gdy Testament wydał swój wielki debiut The Legacy w 87' roku, pierwsze karty w thrashu zostały już rozdane. Metallica wraz ze Slayerem, Megadethem i Anthraxem wydały co najmniej po dwie płyty i - jak to się mówi - było "po ptokach". Jedynym przejawem "zjebanego Public Relations" w  przypadku ekipy Erica Petersona jest odwieczne traktowanie ich jako kapeli niedocenionej. Wszyscy "poklepujo" po plecach i zaczyna się ta znana, stara śpiewka: "Powinniście być tam gdzie jest Metallica, Slayer itd." I ta sama grupa wsparcia pojawia się co płytę, jednocześnie niepotrzebnie zajmując tenże zespół takimi pierdołami. Wątpię, że muzykom z Testament jest to potrzebne. To zespół znający swoją wartość i dumny ze swoich, w większości zajebistych swoją drogą, dokonań na thrashowym podwórku.

Ja sam, opisując jedno z nowszych dokonań o nazwie The Formation of Damnation, nie zamierzam bawić się w poklepywanie po plecach, głaskanie po główce i pierdolenie typu "Metallica powinna czyścić Wam buty". Raczej Metallica wraz z Testamentem powinni postawić sobie nawzajem piwo. Albo inny wysokoprocentowy trunek. I zaprosić niemieckich specjalistów od alkoholu spod szyldu Tankard. Bo czemu nie?
A tymczasem przejdźmy do genezy i właściwej recenzji The Formation of Damnation...

http://assets.teamrock.com/image/f6aa3004-d2c1-440c-96d7-289264075aa1?w=800

Wkrótce po nagraniu wielkiego i niszczącego każdego na swojej drodze The Gathering praktycznie wszystko utrudniało nagranie nowej płyty. A to ciągłe koncertowanie, a to rak gardła stwierdzony u Chucka Billy'ego, a to jeszcze powrót synów marnotrawnych Alexa Skolnicka (dotychczas zajętego jazzem) i Grega Christiana (który od odejścia w 1994 roku praktycznie nigdzie nie grał). Wkrótce także Louie Clemente wrócił do macierzystego zespołu, jednak okazało się, że przez 12 lat niegrania nie nadawał się zupełnie i szybko porzucił zespół. Po licznych roszadach na tym stołku pojawił się w końcu Paul Bostaph (m. in. Slayer, Forbidden, Exodus). I wreszcie udało się wydać The Formation of Damnation. 9 lat po premierze ostatniej płyty.

Jednakże Ci, którzy spodziewają się powtórki z czysto-"gatheringowej" młócki, na której grzmocili po równo mistrz pięciostunowego basu Steve DiGiorgio (Death, Sadus) i "jedyny słuszny garncarz w Slayerze" Dave Lombardo (Slayer, Grip Inc., Suicidal Tendecies), to zawód będzie nieunikniony. Zresztą, wystarczy rzut oka na skład i już wiadomo, jakiej płyty należy się spodziewać. Już drugi utwór zwany More Than Meets The Eye nagrany lata temu mógłby uzupełnić Practice What You Preach czy Souls of Black. Co prawda, nie zabraknie tu thrashu podmytego deathem, choćby w kompozycji tytułowej (gdzie Chuck przez cały czas growluje) czy The Persecuted Won't Forget (w którym growl pojawia się okazjonalnie). To jest jednak tylko dodatek do klasycznie nagranego materiału.

Nawet, parafrazując jeden ze starych utworów Testament, "absencja" Louie Clemente'a nie przeszkodziła w nagraniu czegoś co zgrabnie i nienachalnie odwołuje się do klasyki zespołu. Za przykłady takich utworów można by jednym tchem podać wspomniany już More Than Meets The Eye, wolniejszy i "czadowy" The Evil Has Landed, nienajgorsze Killing Season i Afterlife czy nieco balladowe i nawet niepokojące w swoim klimacie Leave Me Forever, które to jednak nie rezygnuje z cięższych momentów. Z drugiej strony mamy dość nietypowy Henchmen Ride, który utrzymany w średnim tempie, przyśpiesza w części środkowej i pokazuje że wcale nie trzeba zwalniać, by Skolnick mógł nagrać swoją - jak zawsze zajebistą - solówkę. Dołóżmy jeszcze do tego świetne wokalizy Chucka Billy'ego i mamy jeden z najmocniejszych punktów płyty.

Takowych punktów wcale nie jest mało. Mamy melodyjne i chwytliwe More Than Meets The Eye, szybkie i potężne niczym niemiecki czołg Panzer IV The Formation of Damnation, progresywne Dangers of the Faithless oraz masę innych charakterystycznych na swój sposób utworów. Od biedy można by tą płytę nazwać sumą wypadkową całej dyskografii Testament. Po miesiącach walki okazuje się, że wcale to nie jest przeciętna płyta, jak dotychczas uważałem. Jedynymi słabszymi momentami są jedynie niezłe Killing Season i Afterlife, ale i one się bronią. Ach, no i ta zjebana po całości komputerowa okładka...

Ocena płyty:

9/10

Lista utworów:

1. For The Glory of...
2. More Than Meets The Eye
3. The Evil Has Landed
4. The Formation of Damnation
5. Dangers of the Faithless
6. The Persecuted Won't Forget
7. Henchmen Ride
8. Killing Season
9. Afterlife
10. F.E.A.R.
11. Leave Me Forever

More Than Meets The Eye:
https://youtu.be/09rHDabBQfA


Napisany przez Ziomaletto | Komentarzy: 5 | Wysłany: 2017-04-03

RECENZJA ALBUMU: Tankard - R.I.B. (2014)

I'm coming back, fuckers!

http://i.imgur.com/yT5DsHl.jpg
Tytuł: R.I.B.
Wykonawca: Tankard
Rok wydania: 2014
Gatunek: Thrash metal
Wytwórnia: Nuclear Blast Records
Producent: Michael Mainx
Twórcy:

Andreas "Gerre" Geremia - wokal
Andy Gutjahr - gitara
Frank Thorwarth - bas
Olaf Zissel - perkusja

Panie i Panowie, spocznijcie w piwie! Ja już sobie spocząłem, ale nadszedł czas na wzięcie się w garść, bo ileż można jeszcze czekać na kolejny wytwór z rąk Spawacza. Minęło już trzy i pół roku odkąd ostatni raz napisałem recenzję (przy okazji Penetralii od Hypocrisy) na portalu, który był pierwotnie poświęcony moim recenzjom. Lecz nie obawiajcie się, to koniec ery smutku i cierpienia - powracam w chwale! Przynajmniej na następne parę akapitów tego tekstu

Dzisiaj na warsztat weźmiemy ostatni, jak na razie, album Tankarda. Ci niemieccy piwowarowie z Frankfurtu nad Menem trzepocą swój alkoholowy metal już od ładnych 35 lat - niezły wynik, prawda? Przetrwali tyle zawirowań na europejskiej scenie metalowej, że to głowa mała; jeżeli nie należy im się szacunek i darmowe piwo do końca życia, to nie mam pojęcia komu się należy. Nie tylko prezentowali wysoki, międzynarodowy poziom thrashu w czasach jego świetności (lata 80'), nie tylko wytrzymywali i grali zajebistą muzykę w okresie umierania metalu (lata 90'), to jeszcze nagrywają płyty aż po dziś dzień - i to jakie! B-Day, Beast Of Bourbon czy A Girl Called Cerveza to tylko przykłady tego, jak dobrą formę można trzymać po latach, nie uciekając się do jakiegoś pseudoeksperymentalnego, pozbawionego duszy łojenia (patrz: Metallica). Pozostaje jednak pytanie: czy R.I.B. kontynuuje dobrą passę Gerrego i paczki? Do tego dojdziemy!

Za produkcję albumu ponownie wziął się Michael Mainx, zaprzyjaźniony z zespołem od czasu podpisania kontraktu z wytwórnią Nuclear Blast Records. Łatwo z tego wywnioskować, że R.I.B. będzie brzmiał niemal tak samo jak A Girl Called Cerveza. Jedną pozytywną zmianą w mixie jest głośniejszy bas - dzięki temu słychać lepiej nie tylko gitarę basową, którą w Tankardzie uwielbiam, ale i podwójną stopę, na której niewyrazistość cierpiała poprzednia płyta. To tyle jeśli chodzi o dobre słowa względem brzmienia, bowiem w ogólnym rozrachunku mi się nie podoba. Jego prostota, lekkość, "punkowość" co prawda pasuje do niewymagającego i melodyjnego grania Niemców, aczkolwiek zupełnie pozbawia ich thrashowego mięsa i agresji. Można wiele wybaczyć Michaelowi, gdyż jest to producent z niewielkim stażem, lecz mix jest zwyczajnie zbyt płytki, brakuje mu metalowego brudu, głębi i tej ręki profesjonalisty. Nie jest chociaż zbyt sterylnie, co jest bolączką wielu innych zespołów w dzisiejszych czasach.

Co jednak w samych utworach? Kufel serwuje nam standardowo dziesięć numerów, lecz to tyle jeśli chodzi o podobieństwa względem kompozycji albumu. Pierwszą rzeczą, która przykuwa uwagę, jest długość płyty - przy tej samej ilości utworów A Girl Called Cerveza trwa 50 minut, zaś R.I.B.... aż 10 minut krócej! Co to oznacza? Dokładnie to, co myślicie - Tankard kończy romansowanie z progresją oraz zwolnieniami i wyprowadza cios prosto w twarz. Kompozycje są dużo krótsze, a tym samym dużo szybsze, o czym daje sobie poznać już sam początek, War Cry. Spokojne intro z cleanem i delikatną solówką na gitarze to tylko podpucha, bo już za chwilę rozpoczyna się istna kanonada drapieżnych riffów i blastów. Andreas "Gerre" Geremia idealnie wprowadza w posępny nastrój, nucąc chrypliwie na zwrotkach, by potem wydawać niemiłosierne Wojenne Okrzyki w pędzącym na złamanie karku refrenie. I tak tnie już aż do końca, bez zatrzymania, z krótką przerwą na przepiękne solo. Styl gitarowej gry Andy'ego Gutjahra jest już ikoniczny - ten człowiek potrafi w niezwykle naturalny sposób wpleść melodie wszędzie, gdzie się da, nawet w najbardziej brutalne momenty. Swoją techniką i wyszukaniem rozgramia album za albumem, kreując to nowe, chwytliwe harmonie. Jeden z moich ulubionych wioślarzy pod tym względem.

A War Cry to tylko przykład: tak wygląda niemal całość. Fooled By Your Guts nie daje chwili wytchnienia, to jest chyba najbardziej thrashowy wałek na tym albumie. Szybki, agresywny, wręcz surowy - słuchając ma się wrażenie jakby lata osiemdziesiąte nigdy nie przeminęły. Rzecz ma się podobnie w przypadku sarkastycznego No One Hit Wonder, ciężkiego Clockwise To Deadline oraz mocno punkowego, flagowego utworu na zakończenie, The Party Ain't Over 'Til We Say So. Riders Of The Doom to smakowite odwołanie do heavy metalowych klasyków w stylu Accept (i ma świetny tekst poza tym - polecam przeczytać), zaś Enemy Of Order to dobry kandydat na koncertowy hymn, który jest wypełniony po brzegi zawrotnymi, melothrashowymi riffami. Tankard odpoczywa nieco od eksperymentów z ostatnich albumów i łoi aż przyjemnie, czuć w tej muzyce pasję, a to jest raczej najważniejsze. Nie oznacza to jednak, że R.I.B. pozbawione jest niespodzianek. Największym jest utwór tytułowy - w tej kompozycji występuje kościelny chór! Jest to decyzja bynajmniej przypadkowa. Numer kontynuuje historię Szalonego Profesora (znanego nam z Chemical Invasion), który w akcie zemsty postanawia podpisać pakt z Szatanem i zatruć ludzi toksyną rozpuszczoną w alkoholu. W środku utworu mistyczny chór skanduje nam słowa samego Lucyfera, co buduje naprawdę genialny, mroczny klimat. Dodajmy do tego doom metalowe riffy, podsiane dramatem melodie na zwrotkach i buchający teatralnością i epickością, mega chwytliwy refren - bezsprzecznie najlepszy kawałek na płycie. I zapewne jedna z najlepszych kompozycji Tankarda ever!

No dobra, ale czy to ideał? Pomimo całej mojej aprobaty, do perfekcji jest daleko. Lecz czy te stare pryki z Frankfurtu potrzebują jeszcze perfekcji, skoro styl, który wypracowali przez lata, działa niezawodnie? Prawie wszystko, co tu usłyszycie, już gdzieś słyszeliście - i to zapewne u Kufla. Lata ewolucji zespołu, starzejący się członkowie, zmiany ich gustów oraz składu doprowadziły do pewnego punktu, z którego Tankard raczej już nie ucieknie; w swoim "safe zone" czują się idealnie. Choć nawet tutaj można wprowadzić jeszcze masę poprawek. R.I.B. przede wszystkim brakuje solidniejszego, potężniejszego brzmienia, oraz czegoś, co by wyróżniło tę płytę na tle wielu innych. W takich numerach jak melancholijne Hope Can't Die czy ww. No One Hit Wonder brakuje dopracowania czy ciekawszego pomysłu. Perkusista Olaf Zissel gra trochę zbyt metodycznie, ale to już czepianie się szczegółów - to w końcu częste w thrashu

Ostatecznie, moim zdaniem, R.I.B. zasługuje na wysoką notę. Jest to naprawdę bardzo dobry album, z masą fantastycznych, skocznych, zapamiętywalnych utworów. Nie brakuje tutaj paru świeżych pomysłów wplecionych w stary, znajomy styl, a całość gra bardzo sympatycznie. Tankard po raz kolejny z wielu pokazuje, że jest zespołem solidnym, który kocha grać metal, uwielbia melodie i chleje ile wlezie, a to najwidoczniej pomaga w procesie tworzenia dojebanej muzyki. Jeżeli taki opis wam się podoba, to nie zwlekajcie, wsadzajcie płytę do odtwarzacza, bierzcie kufle w ręce i pijcie na zdrowie. "The party ain't over 'til we say so!"

Lista utworów:

1. War Cry (+)
2. Fooled By Your Guts (+)
3. R.I.B. (Rest In Beer) (+)(+)
4. Riders Of The Doom
5. Hope Can't Die
6. No One Hit Wonder
7. Breakfast For Champions
8. Enemy Of Order (+)
9. Clockwise To Deadline
10. The Party Ain't Over 'Til We Say So

Ogólna ocena płyty:

8/10


Napisany przez Spawacz | Komentarzy: 7 | Wysłany: 2017-03-07
Copyright 2017 jaros218 & Spawacz & Ziomaletto

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
www.spawaczreviews.pun.pl Wszywki odzieżowe https://www.moment.pl